SZEROKO OTWARTE BOŻE RAMIONA Drukuj

Mam na imię Wojtek i jestem alkoholikiem. Jestem mężem i ojcem pięciorga dzieci oraz właścicielem małej firmy remontowo-budowlanej. W tym roku minęło 20 lat mojej abstynencji.

Mój pierwszy kontakt z alkoholem miał miejsce w wieku 11 lat. Bardzo mi się to spodobało. Wypity alkohol powodował, że siebie oraz to, co mnie otaczało, widziałem w bardziej kolorowych barwach.

Nie akceptowałem siebie. Mój tata był wiecznie niezadowolony ze mnie. Chciałem być kimś zupełnie innym i alkohol pomagał mi to osiągnąć. Z zakompleksionego chłopaka stawałem się tzw. „duszą towarzystwa". Bardzo szybko, bo w wieku 19 lat, stałem się uzależniony. Na początku piłem tylko w weekendy, ale później zacząłem wyznawać zasadę: „jeśli wódka w pracy szkodzi, porzuć pracę, o co chodzi". Założyłem rodzinę, urodziło się nam pierwsze dziecko. Po dwóch latach okazało się, że nasza córka jest poważnie chora. To tylko spotęgowało chęć topienia swoich problemów w alkoholu. Nasze małżeństwo zaczęło mocno utykać. Z czasem coraz trudniej udawało się nam z żoną znaleźć jakąkolwiek nić porozumienia. Wódka, awantury, uciekanie z domu. Błędne koło. Tak minęło 8 lat naszego małżeństwa. Nie byłem w stanie dalej tak funkcjonować. Wiedziałem, że muszę coś zrobić, ale nie wiedziałem jak. Myśl o zaprzestaniu picia pojawiała się każdego ranka, ale wieczorem, w miarę wypitego alkoholu, przestawała mieć jakiekolwiek znaczenie. Moja żona nie potrafiła już tego wszystkiego wytrzymać. Pewnego dnia zapakowała mnie kompletnie pijanego do taksówki i zawiozła do moich rodziców z informacją, że ma już tego dosyć. Był to spory kubeł zimnej wody, który wylała na moją, zapitą głowę. Kompletnie się tego nie spodziewałem. Dzisiaj jestem jej bardzo za to wdzięczny, ponieważ otrzymałem potężny impuls do zmiany swojego życia.

Przestałem pić i podjąłem leczenie. Czułem się coraz lepiej i odrabiałem straty zawodowe. Terapia, mityngi AA, praca nad sobą, nie sądziłem, że to takie ciężkie, ale bardzo dużo dawały mi spotkania z innymi alkoholikami. Uczyłem się od nich, jak mam stosować w swoim życiu program 12 kroków.

Wszystko byłoby super, gdyby nie jeden problem. BÓG. Mimo, że ochrzczony i bierzmowany, byłem niewierzący. Pozbyłem się Boga z mego życia, ponieważ nie pomagał, a raczej przeszkadzał. Ograniczał swymi przykazaniami, wzbudzał we mnie trudne do zniesienia wyrzuty sumienia. Mając wyćwiczone do perfekcji tzw. „cwaniakowanie" uznałem, że skoro nie wszyscy alkoholicy są wierzący, więc i ja nie muszę. Trzeźwiałem tak prawie trzy lata. Dowiadywałem się coraz więcej na temat programu AA, starałem się go stosować, ale nadal nie potrafiłem dogadać się z własną żoną. Byłem coraz bardziej rozczarowany, aż w końcu uznałem, że chyba powinniśmy się rozejść. Nasze małżeństwo wisiało dosłownie na włosku.

Przez ten okres cały czas przyglądałem się innym alkoholikom pod kątem ich relacji z Bogiem. Szukałem poparcia dla swoich decyzji, ale w końcu widząc dobre owoce w ich życiu postanowiłem i ja wrócić najpierw może do Kościoła, a potem do Boga. Czułem się strasznie niegodny bycia w Kościele, ale zacząłem się modlić, chodzić na Mszę świętą, aż w końcu udało się moim kolegom namówić mnie na rekolekcje dla alkoholików. To było niesamowite doświadczenie. Doświadczenie powrotu do domu, którego w zasadzie w ogóle nie znałem. Niemniej jednak dało mi ono nadzieję na to, że coś się zmieni w moim życiu. Mimo, że nie było łatwo, ponieważ miałem kiepską relację z moim fizycznym ojcem, uwierzyłem że Boże ramiona są szeroko otwarte i że jest w nich miejsce dla mnie. Cud. Po raz pierwszy w życiu czułem się chciany i akceptowany. Czując się tak bezpiecznie poprosiłem Boga o przemianę naszego małżeństwa i stało się to, co było niemożliwe prawie przez 11 lat. Zaczęliśmy szukać tego, co nas łączy, a nie tego, co nas dzieli. Długie, szczere rozmowy (coś co wcześniej było zupełnie niemożliwe) pozwoliły nam odnaleźć drogę do siebie. Podjęliśmy wspólnie decyzję, że będziemy porządkować nasze życie pod kątem Bożych przykazań. Bóg przyprowadził nas do wspólnoty „Ezechiasz", w której jesteśmy do dzisiaj.

Droga, którą podjęliśmy, nie jest łatwa i rodzi się na niej wiele obaw. Jednak przez cały czas towarzyszy nam świadomość Bożej obecności. Bóg stawiał na drodze naszego życia ludzi, przez których mówił do nas, zachęcał do walki o siebie i o rodzinę. Wtedy też poprzez jednego z kapłanów zwrócił naszą uwagę na córkę Urszulę, która jak dotąd była jedynaczką. Próbowaliśmy się tłumaczyć tym, że jest niepełnosprawna (wada genetyczna i lekarze odradzają kolejne ciąże), że słabo nam idzie wychowywanie jej, że mamy nadal jeszcze sporo problemów ze sobą nawzajem, a ksiądz nadal jednak zachęcał do modlitwy o następne dziecko. Prawda była taka, że po trudach doświadczeń z ratowaniem życia Uli nie chcieliśmy już mieć następnych dzieci. Staliśmy się w pewnym sensie wygodni. Baliśmy się też, że kolejne dziecko urodzi się również chore. Niemniej jednak gdzieś w głębi serca czułem, że powinniśmy być posłuszni. Zacząłem się modlić o kolejne dziecko. To było dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Podjąłem decyzję na modlitwę z posłuszeństwa, a Bóg przemienił je w ogromne pragnienie. Nieustannie mówiłem mojej żonie, jak bardzo pragnę tego, żebyśmy mieli jeszcze jedno dziecko, że mam przekonanie o tym, że będzie zdrowe, że w końcu Bóg wyposaży nas (oczywiście przy naszej współpracy) we wszelkie potrzebne nam umiejętności, aby właściwie wychować nasze dzieci.

I stało się. Moja żona poczęła. Najpierw była wielka radość,  potem jednak pojawił się strach. W miarę rozwoju ciąży, mimo tego że wszystko było w porządku, niepokój narastał. Zauważyłem, że czując strach nie mam potrzeby wypicia, a raczej potrzebę mówienia o swoich emocjach. To było bardzo uwalniające dla mnie jako mężczyzny. Zdałem sobie też sprawę z tego, że dzieci nie należą do nas. Są Bożym darem dla nas i mamy się o nie jak najlepiej zatroszczyć. Dlatego też gdy okazało się, że będziemy mieli syna, wybraliśmy dla niego imię Maciej. Urodził się zdrowy i jest naszą ogromną radością. Bóg obdarzył go talentem muzycznym i dzisiaj jako szesnastolatek powoli rozpoczyna posługę muzyczną we wspólnocie, w której jest razem z nami.

Cztery lata później poczęła się ciemnooka piękność - Magdalena. Urodziła się również całkowicie zdrowa, a jej talent do tańca zaczął ujawniać się już od najmłodszych lat. Obecnie oprócz twardego charakteru (tzw. trudne błogosławieństwo) dysponuje niesamowitą łatwością poruszania się w kuchni, przez co jest nieocenioną pomocą dla mojej żony.

Staramy się wychowywać nasze dzieci według tzw. „Bożych standardów", regularnie się z nimi modlimy, czytamy Słowo Boże, prowadzimy życie sakramentalne. Zaowocowało to też w końcu tym, że nasze dzieci zaczęły modlić się: syn o braciszka, a córka o siostrzyczkę. Uznaliśmy to za lekką przesadę, ponieważ mamy już przecież trójkę dzieci. Moglibyśmy się jeszcze zgodzić co najwyżej na jednego syna dla równowagi. Bóg jednak miał dużo lepszy plan na nasze życie i w pełni odpowiedział na modlitwę naszych dzieci dając nam również całkowicie zdrowe bliźnięta - Karola i Weronikę. Dzisiaj już jako sześciolatki uczęszczają z dobrym skutkiem do zerówki w Katolickiej Szkole Podstawowej im. Sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, którą założyła i prowadzi od osiemnastu lat nasza wspólnota.

Chcę tutaj również oddać Bogu chwałę w tym, że wraz z naszym nawróceniem bardzo mocno poprawił się stan zdrowia najstarszej córki Urszuli. Lekarze nadal nie potrafią zrozumieć, jak to możliwe, że bez specjalnych kuracji (córka obecnie ma odstawione wszystkie leki) Ula funkcjonuje zupełnie samodzielnie, pracuje, podjęła na nowo naukę w liceum i myśli poważnie o studiach. Poprawiła się też bardzo jej relacja z nami i rodzeństwem.

Wierzę, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra (por. Rz 8, 28-39) - nawet wtedy, gdy ta miłość jest tak mała jak ziarnko gorczycy.

Chwała Panu!

Wojtek